20 listopada 2017

Od Cecilii, CD Daniela

Chłopak, którego konia złapałam, wydawał się zażenowany. Zdecydowanie się nie popisał, ale przecież każdemu może się zdarzyć.
— Dokąd się wybierałeś? — spytałam, nie do końca pewna co powinnam powiedzieć. Teraz, kiedy sytuacja była już opanowana, mogłam się w spokoju przyjrzeć chłopakowi. Był wyższy ode mnie, ale do wielkich wyczynów nie dało się tego zaliczyć. Jasne włosy na początku wydawały się sztuczne, ale już po chwili mogłam stwierdzić, że się pomyliłam. Mój mózg szybko zaliczył Daniela do kategorii "Przystojny". Pewnie zdążyłam się zarumienić, wychodząc przy tym na kompletną. Zanim zdążył odpowiedzieć, zeskoczyłam lekko z siodła, stając koło niego. Miałam rację, był ode mnie znacznie wyższy.
— Planowałem wyprowadzić konia na pastwisko — mruknął po nosem, nadal czerwony na twarzy
Rozejrzałam się w okół. Pogoda była przyjemna, na takie angielskie lato nie mogła nawet ponarzekać Egypt, która była przyzwyczajona do Afrykańskich upałów.
— Chcesz na mnie poczekać? Szybko ogarnę Egypt i będę mogła ją wyprowadzić też. W sumie Lessie też mógłby pobiegać, nie zaszkodzi mu. Pewnie Grayson o tym nie pomyślał... — umilkłam, zastanawiając się czy nie powiedziałam zbyt dużo. Nie chciałam zrażać chłopaka, na dodatek tak przystojnego
— Jasne — uśmiechnął się lekko i w końcu na mnie spojrzał. Także popatrzyłam mu w oczy, jednak było to na tyle niezręczne, iż niemal natychmiast opuściłam wzrok. Rozpięłam toczek, po czym rozpuściłam włosy. Ale miłe uczucie, musiałam jeździć dłużej niż myślałam. Ruszyłam w kierunku stajni dla konie prywatnych, a po stukocie kopyt domyśliłam się, że Daniel za mną podąża.
Milczenie, które w sumie nie trwało jakoś bardzo długo, stało się lekko niezręczne. W końcu chłopak je przerwał:
— Kim jest Grayson? — spytał cicho, żeby nie spłoszyć koni, obok których aktualnie przechodziliśmy
— Moim bratem. Przyjechaliśmy razem. W sumie to zawsze jesteśmy razem — Egypt nagle postawiła uszy — Dort ist nichts, Mädchen — uspokoiłam klacz — Na czym to skończyłam? — zanim zdarzyłam coś jeszcze powiedzieć, dotarliśmy do stajni.
Ogarnięcie własnego konia oraz kopytnego brata, nie zajęło mi wiele czasu. Po niecałym kwadransie miałam oba konie podpięte i byłam gotowa do wyjścia na pastwisko. Posłałam jeszcze Danielowi uśmiech, po czym spytałam:
— Co Cię sprowadza do Akademii? — niezbyt wyszukany temat, ale taki który mnie naprawdę interesował.

Daniel?

19 listopada 2017

Nowe postaci!

Dzisiaj do ADR dołączyły dwie nowe, a zarazem stare twarze - Hayden i Samuel. Mamy nadzieję, że zostaną z nami na dłużej!



18 listopada 2017

Od Graysona do Reneve

— Cannon! — drgnąłem zaskoczony na dźwięk swojego nazwiska, mrugając kilkakrotnie oczami. Niespełna cztery metry przede mną stała nauczycielka od chemii, przypatrując mi się zza grubych szkieł. Powieki mocno mi się kleiły do siebie, jak para zakochanych. — Jaki jest wzór na gęstość? — definitywnie pytanie zmyślone, uczyłem się tego w wieku czternastu lat, a na tej lekcji przerabialiśmy... hm. Bardziej interesujące rzeczy, niż wzory. Ta fizyka... Ktoś szturchnął mnie w bok, sprowadzając mnie na ziemię. Cecilia podsunęła mi kartkę pod nos, na której widniała odpowiedź. Skąd ona to, do cholery wiedziała? Co jak co, ale mojej siostry nie można było zaliczyć do kategorii "mózgowcy". Głupia nie było, ale mimo wszystko.
 — Masa przez objętość? — bardziej spytałem, niż odpowiedziałem. Nauczycielka mruknęła coś niewyraźnie pod nosem, coś co zdecydowanie nie schlebiało mojej osobie. Po czym odeszła z miną wyrażającą tylko irytację, rzucając pod nosem ciche groźby. Szepnąłem do siostry krótkie: "Dziękuję" i tym razem przypatrywałem się nauczycielce z niewiele większą atencją. Pani Black sprawiała wrażenie, jakby przeszła specjalny kurs "jak udupić ucznia", albo "jak stać się jędzą". Koniec lekcji nadszedł wielkimi krokami, a ja zdezorientowany nie zdawałem sobie sprawy, że przespałem ponad połowę jej wykładu.
— Nawet Ty nie potrafisz być taką jędzą... — mruknąłem do Cecilii, gdy przeszliśmy już drzwi sali chemicznej i byliśmy wolni. Albo może niezupełnie, ponieważ czekało nas jeszcze sześć lekcji, chociaż, dzięki Bogu trochę ciekawszych. Siostra przewróciła oczami. — Wir sehen uns in fünfzehn minuten! — krzyknąłem jeszcze za nią, poprawiając niebieską teczkę pod pachą. W pewnym momencie coś mocno uderzyło mnie w policzek, przez co mocno złapałem się za piekące miejsce. Spojrzałem w górę na stojącą nade mną dziewczyną, która zamarła z niewypowiedzianymi na głos przeprosinami. I jakoś miałem wrażenie, że nie zamierzała przepraszać. O nie.
 >Reneve? Mam nadzieję, że aż tak bardzo nie zawaliłam opowiadania ;3<

Od Daniela

Zegarek wskazywał dwie minuty po siódmej, kiedy moim oczom ukazała się Akademia w pełnej okazałości. Ze zdziwienia bezwiednie otworzyłem usta zdając sobie sprawę, iż stanie się ona moim domem na najbliższe lata. Pan taksówkarz, który odebrał mnie z lotniska, z wyraźnym świstem dźwignął i wytaszczył moje ciężkie bagaże z samochodu. Nie miałem serca nie dać mu żadnego napiwku za taki trud (i przy okazji darmowe ćwiczenia z samego rana). Sam byłem zmęczony oraz niesamowicie wdzięczny, ponieważ pomógł mi je przeciągnąć aż do głównego wejścia. 
Był środek zimy - ostre, zimne powietrze wkradało się przez niezakryte przez kurtkę fragmenty ciała, wywołując na skórze gęsią skórkę. Poczułem również charakterystyczny zapach dochodzący od znajdujących się za budynkiem, rozległych stajni. Otwierające się elektroniczne drzwi, uruchomiły wiszący obok dzwoneczek, tym samym zwiastując moje przyjście. Niemal natychmiast przywitała mnie nienagannie ubrana sekretarka ośrodka, siląca się na niezmęczony uśmiech. Nie musiałem niczego tłumaczyć, od razu wiedziała kim jestem: przywołała szofera, który zaprowadził mnie i moje walizki do odpowiedniego pokoju. Pomieszczenie skąpane było w kolorach bieli i czerni, czyli moich ulubionych co niezmiernie mnie ucieszyło. Wszystko pachniało nowością i było schludne oraz czyste. Nagromadzające się we mnie emocje błyskawicznie rozwiały pomysł o małej drzemce, za to zachęciły do jak najszybszego rozpakowania się i wyjścia na zewnątrz w celu zwiedzenia okolicy. Wiadomo, świeżak zawsze wszystkim musi się popodniecać. 
Dochodziła godzina dziewiąta, gdy powoli zacząłem odczuwać głód, a emocje nieco opadły po godzinnym spacerze na mrozie. Jak się okazało, na stołówce znajdowała się już pokaźna liczba osób, w tym zapewne nauczyciele jak i stajenni, którzy mogli sobie pozwolić na małą przerwę na posiłek. Wesoło rozmawiali i żartowali, ja natomiast zaszyłem się w kącie na krześle zaraz obok okna i zajadałem bułkę z dżemem truskawkowym, jednocześnie zastanawiając się co mnie dzisiaj czeka. 
[...]
W pierwszym dniu nie było lekcji, dzięki czemu miałem cały dzień na częściowe zaklimatyzowanie się. Mój koń Diaval dojechał tutaj już dnia poprzedniego i pierwszą moją myślą było sprawdzenie jak się miewa i czy dobrze zniósł podróż. Tak jak myślałem, już radośnie brykał w swoim boksie na mój widok i parskał cicho, by go wypuścić. Oczywiście zauważyłem już inne konie na pastwisku mieszczącym się nieopodal, więc nie miałem nic przeciwko. Zarzuciłem kantar na jego łeb i powoli wyprowadziłem z boksu. Wskazując mu kierunek, zwierzę nagle zatrzymało się i stanęło sztywno w miejscu, dziwnie strosząc uszy do góry. Pomyślałem, że czegoś się wystraszył, później jednak zauważyłem dziwaczny błysk z jego oczach, a on w jednej sekundzie wyrwał się silnym szarpnięciem i pogalopował przez siebie pędem wybiegając ze stajni. Nieco spanikowałem (dobra, nawet bardzo).
- Diaval, wracaj tutaj! - krzyknąłem za nim, rzucając się do biegu. Wolałem nie tracić go z oczu, mógł przecież pobiec wszędzie. 
Reagował na imię, jednak miał gdzieś moje nawoływanie. I wtedy, gdy już myślałem, że nie mam szans go złapać... pojawiła się ona - ciemnowłosa piękność pomykająca na niskim, zgrabnym koniku białej maści. Dosłownie mnie zatkało, kiedy sprawnie wyrównała bieg z moim koniem i przypięła jego kantar do uwiązu, a ten podążył grzecznie za nią. 
- Chyba coś zgubiłeś. - oznajmiła z ciepłym uśmiechem, oddając w moje ręce niesfornego wierzchowca. 
- Dziękuje. - nieco się zaplątałem z tego zażenowania. - Pewnie teraz masz mnie za typowego początkującego. 
- Daj spokój, mnie też zdarzyło się puścić konia. - ulżyło mi słysząc to - Ale gdy miałam osiem lat. - teraz to już kompletnie straciłem wiarę w siebie. - Tak zbaczając nieco z tematu to nazywam się Cecilia - podała mi rękę, a ja prędko odwzajemniłem uścisk. 
- Daniel. - odparłem, w dalszym ciągu starając się nie patrzeć jej w oczy ze wstydu. 
- Od razu widać, że jesteś tu nowy. A skoro twój koń miewa humory to może dać ci parę wskazówek jak temu zapobiec. 
- To bardzo miłe z twojej strony, dziękuje. - ledwo skończyłem, Diaval pokręcił łbem, jakby chciał pomarudzić niczym buntująca się nastolatka. - Już widzę, że będzie ciężko, ale spróbujmy. 

<Cecilia?>

Od Poppy C.D. Ethana.

Nie wiedziała, czy Elizabeth, ta jej trenerka, zauważyła, że nie było jej na śniadaniu. Żywiąc wszelaką nadzieję, że jednak jej persona nie jest aż tak charakterystyczna, by ktoś zwrócił uwagę na jej nieobecność, zjadła kupione poprzedniego dnia w spożywczaku wafle ryżowe. Spojrzała na łóżko po drugiej stronie pokoju i podziękowała losowi, że nie ma współlokatorki. Oby nigdy nie miała. Nigdy, przenigdy. Pewnie byłaby irytująca, tak jak wszyscy, ciągle pytając, co się stało. I by ją obgadywała. Też jak wszyscy.
Zupełnie od niechcenia spojrzała na telefon, było już po zaplanowanym posiłku. Po chwili spostrzegła też trzy nieodebrane połączenia od Ruth, jej matki. Chyba stresowała się tą całą akademią bardziej, niż sama Pops, ciągle przypominając jej o istotności poznawania nowych ludzi i znalezienia pasji. Chociaż dziewczyna stale deklarowała, że konie zupełnie jej nie interesują, Ruth nie dawała jej za wygraną. Pewnie tęskniła za energiczną Poppy sprzed kilku lat, sprzed śmierci taty, sprzed zaginięcia Jewel. Pewnie chciała, by coś tak ją pochłonęło, jak niegdyś pochłaniał zespół, ale to tak nie działało. Jewel była tą namiastką kolorów w jej szarym życiu, a gdy zniknęła, mrok ogarnął żałosny świat Poppy. Choć dziewczyna desperacko przekonywała samą siebie, że przyjaciółka wciąż żyje i ma się dobrze, nie było tak samo. Nic nie było takie samo. Wszystko było inne, a Poppy się w tym ewidentnie gubiła.
Energiczne pukanie do drzwi było nader słyszalne, a dziewczyna nie miała wątpliwości, kto się do niej dobijał. Nie zaprosiła głośno przybysza do środka, ale on dobrze wiedział, że i tak może wejść.
Trenerka Elizabeth bezszelestnie wślizgnęła się do środka, cichutko zamykając drzwi. Ostrożnie usiadła na fotelu przy biurku, nie odwracając wzroku od kulki nieszczęścia.
- Zauważyłam, Poppy. – tyle wystarczyło, żeby dziewczyna wiedziała, że kobieta zauważyła jej zniknięcie ze śniadania. Westchnęła cicho, bawiąc się waflem, łamiąc go i krusząc. Nie wiedziała, dlaczego Elizabeth tak się uwzięła. Wzbudził się u niej instynkt macierzyński? A może to matka poleciła stały nadzór nad swoją córką?
- Przyjdziesz chociaż na trening? – miękki głos trenerki potoczył się po podłodze, docierając do zimnych stóp Poppy. Przez chwilę analizowała ten ton, dziwując nad jego spokojem, by w końcu podnieść wzrok i pokiwać głową. Elizabeth uśmiechnęła się zachęcająco i, podniósłszy się, wyciągnęła rękę w stronę swej uczennicy. Ta delikatnie ją chwyciła i poczuła ciepło jej dłoni na swojej, kontrastowo lodowatej. Wyszły z pokoju i skierowały się w stronę boksu, gdzie czekał już oporządzony i przygotowany Capeau Claque. Poppy wyprowadziła go na zewnątrz i niepewnie na niego wsiadła, z drobną asystą Elizabeth. Cieszyła się, że jej trenerka crossu ciągle nie krzyczała, jak większość innych. Była wyrozumiała i cicha, co sprawiało, że mimo wszystko dziewczyna czuła do niej sporo sympatii, choć tego nie okazywała. Koń również był dobry, a Pops nie miała z nim większych problemów. Nie, żeby jazda konna była jakaś paskudna… po prostu nie było to coś, co szczególnie ją interesowało. Chociaż czy c o k o l w i e k było jej pasją w tym momencie?
Skończywszy trening, Elizabeth pochwaliła swą podopieczną za postępy. Miała w zamiarze poprosić ją, żeby zaprowadziła konia na padok, gdy zauważyła coś leżącego w trawie… nie, kogoś leżącego w trawie. Zmarszczyła brwi i poleciła swej uczennicy upomnienie chłopaka oraz wypuszczenie Capeau Claque na trawę.
Z ukrywaną niechęcią dziewczyna podążyła w stronę chłopaka, mocno ściskając uwiąz w dłoni. Przez dobrą chwilę w zdenerwowaniu zastanawiała się, jak zbudzić śpiącego, lecz w końcu zebrała się w sobie i, puściwszy i przegoniwszy swego ogiera, podeszła kilka kroków bliżej. Przykucnęła przy chłopcu i z wahaniem leciutko musnęła jego ramię. Zanim jednak zdołała jakkolwiek zareagować, ten poderwał się gwałtownie do góry, uderzając czołem w jej nos. Poppy straciła równowagę i przewaliła się do tyłu, zaraz łapiąc się za bolącą część ciała. Przyłożyła palec do nosa i zobaczyła, że pozostało na nim trochę krwi. Nie myśląc nad tym, co robi, wytarła krew w rękaw swojej czarnej bluzy. Spojrzała na zdezorientowanego i niewątpliwie zakłopotanego chłopaka ze strachem, marszcząc brwi. 
- Trenerka Elizabeth kazała mi cię obudzić. – powiedziała tylko, nie trudząc się przy doborze górnolotnych słów czy opowiadaniu historii swojego życia. Powoli wstała i, po chwili namysłu, wyciągnęła też rękę w stronę chłopaka. Pomógłszy mu wstać, obdarzyła go dość wymuszonym uśmiechem i obróciła się na pięcie. Chciała stąd jak najszybciej odejść, by zakończyć to, jakby nie patrzeć, niezręczne spotkanie.

Ethan? ^^

Nowa postać!

Dzisiaj do Akademii Du Rouet dołączyła Poppy! Mamy nadzieję, że zostanie z nami na dłużej.

A za to odeszła Jess.

17 listopada 2017

Od Ethana

Godzina piąta rano może i była dobrym czasem na wyjazd do akademii, aby uniknąć korków, lecz gwarantowała niewyspanie, z jakim borykał się Ethan przez całą godzinną drogę. Starał się przynajmniej zdrzemnąć, lecz trener skutecznie mu to uniemożliwiał, ciągle gadając na temat Notosa. 
- Ja wiem, jak się nim zajmować, nie musisz się o to martwić. W końcu robiłem to przez cztery ostatnie lata. - Westchnął ciężko, nie będąc zbyt zadowolonym z tego, że nawet osobisty trener miał jakieś wątpliwości co do jego działań.
- Masz rację, z tym trochę przesadziłem, ale pozostaje nam jeszcze jedna kwestia. - Nawiązali kontakt wzrokowy, z czego oczy chłopaka kategorycznie zabraniały starszemu tego wymówić. - Musisz go w końcu dosiąść, jeśli chcesz coś osiągnąć. 
- I tu jest właśnie problem... - Powiedział sam do siebie, wzrokiem uciekając w boczne lusterko.
Im bliżej terenów Du Rouet byli, tym większy odczuwał niepokój. Ledwo przyzwyczaił się do poprzedniej szkoły, nowych ludzi, a pod wpływem własnych, szalonych pragnień zdecydował się na zmianę. Mężczyzna siedzący obok, a trzymający w dłoniach kierownicę, też miał w tym swój udział. Gdyby nie on, Ethan już dawno oddałby ogiera komuś, kto potrafi jeździć i dobrze by się nim zaopiekował. 
Wjeżdżając na teren akademii, trener z uśmiechem dawał chłopakowi ostatnie wskazówki, lecz te w głównej mierze tyczyły się stylu jego życia, jako introwertyka. W końcu miał już dwadzieścia lat, dał radę sam wyjechać do innego kraju i w nim zamieszkać, więc dla takich ludzi to jest sukces, jednakże on sięgał wyżej. 
Kiedy tylko auto się zatrzymało, odetchnął głęboko, chcąc się przygotować na spotkanie z nową rzeczywistością. Wysiadłszy z samochodu najpierw skierował swe kroki na tył w zamiarze wyprowadzenia konia, lecz trener przegonił go, by wpierw udał się do środka. Niechętnie, jednak pod przymusem, przekroczył próg głównego budynku Akademii. Powoli dochodziła już godzina siódma nad ranem, ale ze względu na weekend, wiele osób jeszcze spało. Skierowany przez dozorczynię do gabinetu właściciela całego tego przybytku, zestresował się dwukrotnie bardziej. Przed samymi drzwiami zaczął myśleć nad słowami, które wypowie, jednak nic mu nie przychodziło do głowy. Zapukawszy wkroczył do środka, od razu się witając. Mężczyzna przywitał go z uśmiechem, lecz to w niczym nie pomogło. Ethan zaczął dobierać słowa na szybko dziwiąc się, ze ten go zrozumiał.
- Będziesz musiał trochę nadrobić w nauce, ale uważam, że dasz radę, bo widać to gołym okiem. - Choi pokiwał energicznie głowa, zgadzając się niemalże ze wszystkim, co starszy mówił. Dostał odeń Białą teczkę z logiem akademii, w międzyczasie przedstawiając panujące w niej zasady. - Chciałbym, żebyś też od dzisiaj zaczął treningi. Nie ma po co z tym zwlekać. Konia wstawiłeś do boksu?
- Och, nie, nie. Zabiorę go na padok, aby trochę się rozruszał, przyzwyczaił do otoczenia. - I ja też przy okazji, przeleciało mu przez myśl, gdy podał dłoń starszemu mężczyźnie.
Po wyjściu z gabinetu, w drodze powrotnej na dziedziniec, otworzył teczkę, by obejrzeć jej zawartość. Podstawowe informacje, regulamin, historia akademii, mapa, plan lekcji oraz plan treningów.
Grupa III, sobota, o piętnastej rozpoczynał się trening crossowy z Elizabeth Conor. To dzisiaj, za niecałe osiem godzin. Najgorzej.
Przed naczepą stał już Notos, który na widok swojego właściciela zarżał i zarzucił łbem, domagając się uwagi. Tuż obok znalazł się karton z podręcznikami oraz książkami, dwie walizki z ciuchami, mniejsza z drobiazgami potrzebnymi i tymi mniej, zaś w drugiej części przyczepy zostały rzeczy wierzchowca.
Wynalazł niebieski uwiąz, podpiął pod równie błękitny kantar. Jedyny ulubiony kolor Ethana i dominował niemalże wszędzie. Spokojnym krokiem razem ruszyli w stronę padoku, trenerowi zlecając dalsze wyciąganie ich rzeczy. Choi w połowie drogi przypomniał sobie o najważniejszej rzeczy, której nie wziął, dlatego też podprowadził ogiera pod płot, położył na nim uwiąz i na paręnaście sekund oddalił się, by zaraz wrócić z niewielką, gumową piłką pod pachą. Na jej widok koń już tak grzecznie nie szedł. 
- Widzisz? Chociaż jedna rzecz nam się na razie udała. - Szepnął do konia, otwierając bramkę. 
Zdjął towarzyszowi odzienie i rzucił piłkę na jeszcze pusty padok. Ogier pognał w jej stronę, po chwili turlając ją w stronę chłopaka, który dopiero zdążył zamknąć bramkę. - Pobaw się trochę sam. Niedługo wrócę, obiecuję. 
Ostatni raz cmoknął do niego, szybszym krokiem wracając do trenera, który w tym czasie zdążył wszystko wyjąć. Pozostało tylko wszystko pozanosić. Najpierw zaczęli od rzeczy wierzchowca. Z każdym kolejnym pomieszczeniem Ethan wewnętrznie się zachwycał. Z każdą kolejną rzeczą zabieraną spod samochodu, słońce pięło się ku górze.Lato dawało się we znaki, ale podobno dzisiaj temperatura nie miała być zbyt wysoka. Czyli mógł spodziewać się znakomitej pogody do pierwszej w życiu jazdy. Najgorzej, po raz drugi.
Dorobek Ethana postanowili zabrać na raz, skoro tak się dało. Na nieszczęście w połowie drogi do akademika chłopak uświadomił sobie brak klucza, czy nawet wiedzy o numerze swojego pokoju. Wpadka dnia pierwszego i po raz kolejny musiał udać się do centralnej części. Dziewiątka znajdowała się mniej więcej w połowie korytarza. Z wielką ulgą odetchnął po otwarciu drzwi, gdy jego życzenie zostało spełnione i rezydował sam. Od razu w oczy rzuciło się zasłonięte okno naprzeciwko wejścia. Po odsunięciu zasłon, jakież zdziwienie ogarnęło chłopaka, gdy ujrzał balkon z widokiem na basen. 
Klepnięcie w plecy wyrwało go ze stanu szoku.
- Już wiem, gdzie na pewno nie będziesz przebywał. - Trener zaśmiał się w głos, co Ethan zwieńczył sarkastycznym śmiechem.
Po tym niemalże wypędził go pod sam samochód, gdzie doszło do pożegnania oraz obietnicy odwiedzin, co najmniej raz na miesiąc. Odprowadził wzrokiem odjeżdżające auto, po czym skierował się od razu w stronę padoku, gdzie pozostawił swego ogiera. Pewnie zdążył się już zanudzić. Brak żywej duszy w pobliżu było czymś cudownym. Wszedł na ogrodzony teren i zabrał piłkę, która leżała pozostawiona sama sobie. Ledwo dwa kroki postawił, a Notos niemalże nań wchodził, chcąc mu zabrać swoją własność, chociaż przed paroma sekundami miał ją w swoim zadzie. 
Kopanie, rzucanie oraz zabieranie, wraz z ucieczką, trwało w najlepsze, gdy Ethan ostatecznie padł wycieńczony na zieloną trawę. Ciężko było mu się odpędzić od wielkiej, końskiej muchy, nadal chcącej się bawić, lecz w końcu odpuścił i postanowił kręcić się wokół swego właściciela, który grzany przez słońce i wsłuchany w świergot ptaków, przysnął.
Przyjemna drzemka nie trwała zbyt długo. Wystarczyło lekko dotknąć ramienia chłopaka, a ten poderwał się do siadu, tym samym zderzając się swoim czołem z czyimś nosem.

<Ktosiu? :D>